czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdział 3.

Rano obudziły mnie promienie słoneczne wpadające przez jedno z okien w domku Hermesa. Byłam w Obozie Herosów, w Obozie do którego posłała mnie Terma i w którym miałam spędzić szczęśliwie dzieciństwo. Na razie było gorzej niż paskudnie. Thalia umarła i zamieniła się w drzewo, nie wie. Kim jest mój boski rodzic, nawet nie wiem czy to ojciec czy matka! Dowiedziałam się od jakiegoś wielkiego potwora, którego zabiłam że mam na nazwisko Johnson, ale od razu poczułam do tego nazwiska wstręt bo mój śmiertelny rodzic mnie porzucił! Annabeth też się już obudziła i szturchała mój materac. 
- Nie śpie. - mruknęłam do niej. 
- To dobrze - uśmiechnęła się, a jej szare oczy po raz pierwszy od kąd ją spotkałam nabrały wesołego błysku. 
- Annabeth, w zasadzie to ile ty masz lat? 
- W tym roku kończe osiem. Ale to pod koniec roku a ty? 
- Za dwa dni osiem - zeskoczyłam z łóżka i spojrzałam na moją nową znajomą. Była szczupła, ale niższa odemnie. Miała długie blond włosy i szare oczy. Spojrzałam że pod naszym łóżkiem stały dwa plecaczki. Wzięłam jeden i przejrzałam zawartość. Była w nim pomarańczowa koszulka z napisem "Obóz Herosów", sportowe spodenki do kolan szczotka do zębów, pasta, szczotka do włosów, nowa bielizna i buty. 
- Nie złe zaopatrzenie - mówie sama do siebie i zmierzam w kierunku łazienki dla dziewczyn. W niej przebieram się z mojej czarnej podkoszulki i dżinsów. Myje włosy i zęby, zaczesuje włosy w wysoką kitkę i wychodzę. 
- Widzę że już wstałaś. - słyszę Hansa.
- Ile ty masz lat - korciło mnie to pytanie od kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Hans podrapał się po głowie.
- Jedenaście, ale i tak jestem najstarszy i najbardziej doświadczony z domku Hermesa. Mamy bardzo mało starszych braci. - spogląda na mnie zmieszany.
- A ten co śpi z Luke'm ? Wygląda na starszego - wskazuje na jeszcze śpiącego chłopaka.
- To Tytus ma szesnaście ale nie jest jeszcze uznany. Podejrzewamy że jest naszym bratem bo uwielbia kraść, ale Hermes go nie uznał - spojrzał z widoczną odrazą na wystającą czuprynę chłopaka, po czym się uśmiechnął i przywołał gestem ręki Annabeth i Luke'a. 
- Dobra, o  9 jest śniadanie, macie jeszcze jakieś trzydzieści minut. Idziecie za mną do sali. Na razie będziecie jedli z domkiem Hermesa do póki wasi rodzice was nie uznają. Potem zwrócicie się do Chejrona i Pana D. - otworzył drzwi przepuścił nas w drzwiach i pognał do wielkiej hali. W środku panował gwar i rozmowy chociaż do śniadania pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Hans pokazał nam najbardziej oblężony stolik. Usiedliśmy przy nim i po patrzyliśmy po twarzach innych herosów. Cztery stoły były kompletnie puste. Przy pierwszym stoliku na który zwróciłam uwage siedziały dziewczyny, uczesane w piękne fryzury co chwile sprawdzające się w lusterku i chłopców który patrzyli w nie dowierzaniem na innych i najwidoczniej plotkowali. Afrodyta. Terma uczyła mnie o greckich bogach. Wiem o nich praktycznie wszystko. Tuż obok Afrodyty siedziały dzieci Ateny. Byli na prawdę bardzo podobni do Annabethi wszyscy mieli podobnie szare oczy. Kolejny stolik składał się z umięśnionych chłopców i dziewczyn które celowały widelcami w serwetki. Dzieci Aresa. Od razu poczułam jakąś wewnętrzną niechęć do nich. Były też dzieci Hefajstosa, Demeter, Hestii, Apolla i Dionizosa. Niektórzy patrzyli na nas z zaciekawieniem inny pokazywali nas palcami. W końcu wybiła dziewiąta i do sali wszedł Chejron wraz z jakimś opasłym mężczyzną w koszuli w kwiaty i w krótkich plażowych spodenkach. Był cały czerwony i patrzył na wszystkich z wyjątkową odrazą. Chejron spojrzał po wszystkich herosach. 
- Chciałbym wam zająć tylko chwilę. - wszyscy się poruszyli. Może przy śniadaniu nigdy nic nie mówił. 
- Do grona herosów dołączyła trójka niwych rekrutów.- Wskazał na nas i kazał nam podejść. Nie pewnie odsuneliśmy krzesła i podeszliśmy do Chejrona. 
- Nigdy pan nie pokazywał nowych przy śniadaniu tylko na ognisku! - krzyknął ktoś z Aresa. 
- Wiem Mike, ale to jest sprawa wyjątkowa. - w sali zapanowała ponownie cisza. Wszyscy wiercili nas na wylot swoim zwrokiem.
- Wczoraj wieczorem zdarzyła się tragedia. Akris - wskazał na mnie - Annabeth - wskazał na Annabeth - i Luke - wskazał na Luke'a - razem dostali się do obozu, ale była z nimi jeszcze jedna dziewczyna. Jak pewnie zauważyliście przy barierze dzielącej nas od świata śmiertelników i potworów stanęła sosna. To nie jest zwykła sosna, to Thalia, dziewczyna która chciała uratować przyjaciół wystawiając siebie na pewną śmierć. Jej ojciec Zeus - w sali dało się słychać okrzyki zdziwienia i podziwu. - ulitował się nad nią zamieniając ją w drzewo. Od teraz Thalia wzmacnia naszą bariere. Proszę o trochę wyrozumiałości dla Akris, Annabeth i Luke'a którzy borykają się ze stratą przyjaciółki. - tym samym zakończył przemowę i posłał nas do stołu. Hans patrzył na nas z otwartą buzią.
- Czemu nic nie mówiliście? - spojrzał na mnie. Wściekła obróciłam głowę.
- Jakby ci to powiedzieć godzinę przed zginęła nam przyjaciółka więc trudno mi było o tym mówić! - warknęłam i od razu straciłam apetyt na śniadanie. Wstałam i ruszyłam przed siebie. Oczywiście mój instynkt zaprowadził mnie nad wodę. Usiadłam na piasku i wpatrywałam się w ocean. Może Luke ma racje? Co mi tak zależy na Thali, przecież znałam ją raptem dwie godziny. Może ta nić porozumienia, że trzymamy na barkach ciężkie brzemie doprowadziło do tego że czułam się jakbyśmy się znały od lat.
- Akris - usłyszałam cichy głosik Annabeth. Podeszła do mnie i usiadła obok.
- Nie chce tu być - warknęłam i wrzuciłam kamień do wody. 
- Ja też w zasadzie nie. Tyle złego się zdarzyło, ale taki nasz los Akris musimy się z tym pogodzić i żyć dalej. Może znajdzmy sobie przyjaciół zapomnijmy o bólu. - spróbowała Annabeth. Z trudem powstrzymałam się od rzucenia się w ocean.
- Ja już mam przyjaciółkę - westchnęłam. 
- Tak? Szybka jesteś jak się nazywa? 
- Annabeth

Razem z Annabeth chodziłyśmy po Wiosce Herosów oglądając wszystko co nam się naplątało. Zmierzałyśmy do Wielkiego Domu gdzie miałyśmy się spotkać z Chejronem i Panem D. Kiedy weszłyśmy na ganek Luke już na nas czekał. Zmierzył wzrokiem mnie i uśmiechnął się do Annabeth. Chejron zaprosił nas do środka. Przy stole siedział ten sam gruby facet i grał w karty. 
- Dzień dobry - powiedziałam z grzeczności bo w zasadzie nie wiedziałam jak wysoko ustawiony jest ten facet. 
- Usiądzcie - Chejron wskazał na trzy krzesła obok niego i Pana D. 
- To jest dyrektor obozu Pan D. - mężczyzna coś mruknął i  nagle z nikąd pojawiła się puszka dietetycznej Coca-Coli. 
- Jak pan to zrobił ? - zapytałam zdziwiona. Pan D. spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. I wtedy skojarzyłam fakty. Na jego koszuli wcale nie były kwiaty tylko winorośla, wyczarował dietetyczną Cole z nikąd i był czerowny od alkocholu. To był Dionizos!
- Jest pan Dionizosem prawda? - nieśmiało zapytałam a Annabeth spojrzała na mnie karcąco. 
- Tak droga Ader Jamson - odezwał się poraz pierwszy Pan D.
- Nazywam się Akris John... - przerwałam bo właściwie sama nie wiedziałam jak się nazywam. 
- Dzisiaj odbędzie się ognisko na którym zazwyczaj bogowie uznają swoje dzieci. Nie zawsze ale często. - Chejron uśmiehnął się do nas pogodnie.
- Jest mi nie zmiernie przykro że straciliście Natalie - Dionizos spojrzał obojętnie na naszą trójkę.
- Thalię - poprawiliśmy Boga Wina. 
- Nie ważne, w każdym razie życzę udanego dnia. - i wrócił do swojej talii kart. Chejron spojrzał na niego z lekkim powątpieniem.
- Dobrze o 13 macie trening ze strzelania z łuku i szermierki razem z domkiem Aresa i Apolla. Później o 15 obiad a po obiedzie kajaki. Następnie o 19 jest ognisko i udział jest obowiązkowy. A teraz lećcie się przygotować do treningu. - ja i Annabeth zaczęłyśmy dyskutować czy dzielą tu wiekowo czy umiejętnościowo. Luke szedł za nami ewidentnie wkurzony. Weszliśmy do domku Hermesa i przebraliśmy się w świeże ubrania do treningu. Ja zabrałam swój łuk, a Annabeth i aluke poszli bez niczego. Gdy dotarliśmy na miejsce powitał nas ów chłopak od Aresa, który wrzasnął na śniadaniu. Mike. 
- O to wy. Macie iść do Hefajstosa musicie sobie wybrać broń z której będziecie już używać do końca swojego miernego losu. - wskazał na dziewiątkę i odszedł w kierunku pola treningowego. Poszłam za Annabeth i Lukiem. W środku domku Hefajstosa było bardzo...elektronicznie? I ciepło. 
- Witajcie! Oh ci nowi. Po broń jak mniemam? - potakneliśmy głowami. Chłopak poprowadził nas do wielkiej szafy w której starannie ułożone były łuki, sztylety, miecze, włócznie, dzidy i inny narzędzia zbrodni. Annabeth natychmiast pochwyciła sztylet, który świecił się lekkim niebieskim blaskiem. Niebiański spiż. 
- Dobry wybór - uśmiechnął się chłopak. Jego twarz pokrywały liczne blizny, a na rękach miał ślady smoły i liczne poparzenia. Luke wziął miecz ze złota. Bardzo ładny.
- A ty co wybierasz? - zwrócił się do mnie. Po patrzyłam po wszystkich broniach. Nagle zauważyłam go. Leżał pod wszystkimi innymi łukami ale mienił się blaskiem i wiedziałam że to on będzie moją nową bronią. Pochwyciłam go i dokładnie się mu przyjrzałam. Miał wymalowane małe srebrne gwiazdki a cięciwa była wykonana ze srebrnej nitki.
- Łuk Łowczyni no ładnie widzę że zaawansowane łucznictwo. - z podziwem popatrzył na łuk a potem na mnie. 
- Idzcie na arene bo Ci od Aresa zawsze donoszą na spóźnialskich. Powodzenia! - ruszyliśmy na arene. Dostałam jeszcze od chłopaka z Hefajstosa strzały z niebiańskiego spiżu. Były również srebrne i mieniły się w słońcu. Kiedy dotarliśmy na arene kazali nam stanąc z domkiem Hermesa. Chejron po kolei przydzielał każdemu stanowisko. Mi przypadła tarcza do strzelania z łuku. Obok mnie stanął jakiś chłopak od Apolla a po drugiej stronie Mike od Aresa. Chejron podszedł do naszej trójki i wytłumaczył co mamy robić.
- Ten który zdobędzie największą ilość punktów w minutę wygra. - Chejron stanął za nami i włączył czasomierz. Zabrałam się za pierwszy strzał. Łuk był idealny, jakby czekał na mnie. Trafiłam w sam środek. Tak było też z innymi strzałami. W końcu Chejron kazał nam skończyć. Po patrzyłam na swoją tablicę. Wszystkie strzały trafiły do samego środka. Chłopak od Apolla miał kilka strzał po bokach a Mike trafił o wiele mniej odemnie. 
- Mike, Alto jak mogliście dać się ograć ośmiolatce która dopiero co zaczyna szkolenie! Wstydzcie się ! - Chejron puścił mi oko. A ja byłam zadowolona z rezultatu mojego pierwszego treningu. 
- No ładnie mała - Mike od Aresa podszedł do mnie. Był odemnie dużo wyższy ale nie wyglądał na o wiele starszego. Wyrwał mi łuk z ręki i dokładnie obejrzał.
- Łuk Łowczyni? - zdziwił się szczerze. 
- Tak, co to aż takie dziwne? - zabrałam mu łuk i zaczęłam wyjmować strzały z tarczy. 
- Trochę. Wiesz zazwyczaj herosi nie mają niczego po Łowczyniach. - podrapał się po głowie idąc za mną. 
- Mike Flesh z domku Aresa, a ty ? - wyciągnął ręke.
- Akris na razie domek Hermesa - uścisnęłam mu dłoń i wróciłam do wyjmowania strzał.
- Nie masz nazwiska? - usłyszałam drugi głos, bardzow wysoki ale nie wątpliwie męski.
- Alto Renano domek Apolla - chłopak z którym także się mierzyłam na treningu podszedł do mnie i zmierzył chłodnym wzrokiem Mike'a. 
- Może jakieś mam - westchnęłam. - Na razie mi nie wiadomo. Muszę iść miło było was poznać. - i udałam się do Annabeth.  Kolejne ćwiczenia były równie proste jak to pierwsze. W szermierce walczyłam z Lukiem, który wywijał mieczem jakby to robił od stuleci. No i był starszy i wyższy i silniejszy więc przegrałam, ale prawie mi się udało. W zasadzie nasza walka była taka widowiskowa że i Apollo i Ares i Hermes zlecieli się żeby oglądać nasz pojedynek. Po treningu razem z Annabeth wymieniłyśmy się emocjami z ćwiczeń. Udałyśmy się na obiad wesołe i pełne nadziei. Usiadłyśmy przy stoliku Hermesa gdy nagle rozległy się oklaski przy stoliku Hermesa. Zobaczyłyśmy znak unoszący się nad głową jakiegoś chłopaka. Dwa buty ze skrzydełkami po bokach. Znak Hermesa. Podeszłyśmy bliżej i zobaczyłyśmy Luke'a, który odbierał gratulaje od Hansa Jelly'ego. 
- Gratuluje Luke! Annabeth rzuciła mu się na szyje. - chłopak się uśmiechnął i spojrzał na mnie z wyższością.
- A ciebie Akris kto uznał? - wycedził. Zacisnęłam pięści.
- Jeszcze nikt, wiesz o tym - syknęłam. Annabeth spojrzała na Luke'a, a potem na mnie. 
- Przestańcie - rozkazała i usiadła pomiędzy nami. Na kajakach było cudownie nigdy tak świetnie się nie bawiłam. O 18 wróciłam z Annabeth do domku Hermesa i rzuciłyśmy się na łóżka. Przebrałam się w mój czarny podkoszulek i dżinsy, a na to narzuciłam pomarańczową, rozpinaną bluzę. Włożyła swoje elastyczne buty do polowań i rozczesałam włosy. Zaplotłam prostego warkocza i czekałam na Annabeth aż wyjdzie z łazienki. Miałam na sobie biały t-shirt z napisem 'I Love Grecce" zielone rybaczki i kitkę. 
- Ładnie się podlizujesz Dionizosowi - uniosłam brwi na widok bluzki. 
- Spadaj! - i wyciągnęła mnie na dwór. Robiło się już powoli ciemno jako że była jesień. Ognisko już się paliło i kilka domków gawędziło między sobą. Usiadłyśmy obok Hansa i Luke'a chociaż wolałabym być dalej od tego drugiego. Okazało się że im więcej śpiewaliśmy tym ognisko było bardziej gorące i większe. Nawet Pan D. Coś zanucił. W samym środku jakieś piosenki nad głową współlokatora Luke'a pojawił się ten sam znak co u niego. Rozległy się brawa i wrócono do śpiewów. Kilka osób patrzyło na mnie i na Annabeth. W końcu zobaczyłam nad głową mojej przyjaciółki sowe. 
- Annabeth twoją mamą jest Atena! - wrzasnęłam na cały dwór. Wszyscy zaczeli bić brawo, a ludzie od Ateny ściskali nowo pozyskaną siostrę. 
- O bogowie jak ja się ciesze! - powiedziała do mnie szczęśliwa. Zostałam tylko ja. Siedziałam obok córki Ateny i syna Hermesa, a sama nie wiedziałam kto jest moim rodzicem. Ognisko powoli się kończyło, ale nagle jednak dzieczyna z Afrodyty powiedziała trochę za głośno. 
- A ta małolata kogo jest córką. - Gwałtownie obróciłam głowę i aż się zdziwiłam bo wszystkie domki nagle zamarły. Annabeth zesztywniała, a ja pomyślałam 'znowu się pale?!' Ale nie tym razem to było coś innego. Spojrzałam w górę. Nademną unosił się niebieski trójząb. Atrybut Posejdona.

środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział 2.

Jeśli myślicie że jak się ma siedem lat to się siedzi na tyłku i nic nie robi to się mylicie. Właśnie trzymam napięty łuk ze strzałą i celuje w potwora morskiego. Zdziwieni? Ja też byłam, jak miałam pięć lat. Może zaczne od początku.
Wychowuje mnie nerida Terma. Co to jest nerida? Sama właściwie nie wiem, wiem tylko że mieszka w morzu i jest duchem. Co do morza to o dziwo mogę w nim oddychać, mogę w nim żyć i jak z niego wychodzę jestem sucha. No to akurat mnie dziwi najmniej, są rzeczy dziwniejsze. Posłałam strzałe w oko potwora, a ten na pół oślepiony odpłynął w głębie morza. Terma mówi że znalazła mnie jak miałam roczek. Byłam sama i bardzo mnie rwało do morza. Kiedy do niego wpadłam nie utopiłam się tylko zaczęłam normalnie pływać. Terma stwierdziła, że jestem heroską (jak kolwiek to dziwnie brzmi) i że musi mnie wychować a jak skończe osiem lat wyśle mnie Obozu Herosów. Osiem lat kończe za trzy dni więc od tygodnia przygotowuje się do drogi na lądzie. 
- Akris chodź już - usłyszałam w myślach głos Termy. Popłynęłam do podwodnego domku a właściwie podwodnej jaskini z trzema kamieniami w środku. Jeden kamień był moim łóżkiem drugi Termy a trzeci stołem. 
- Wyruszysz jutro - nagle powiedziała Terma. Zdziwiona popatrzyłam na nią.
- Ale Termo nie skończyłam ośmiu lat! - zrozpaczona spojrzałam na neride.
- Dostałam wiadomość że mam cię wysłać szybciej - westchnęła Terma. 
- Będzie mi cię brakować Akris bierz plecaczek i ruszaj musisz dotrzeć do Long Island, Nowy York. Pytaj się wszystkich o Wzgórze Herosów może ktoś będzie wiedział gdzie to jest. - pocałowała mnie swoim wodnym pocałunkiem w czoło i uśmiechnęła się smutno. 
- Dziękuje Termo... Za wszystko - i wypłynęłam na powierzchnie. Powietrze było suche, ale mi to nie przeszkadzało. Wpadłam między drzewa lasu i pognałam w kierunku najbliższej ulicy. Popatrzyłam na informacje. Byłam w Nowym Yorku więc przynajmniej nie będe miała daleko. Rodziny szły szczęśliwe przez parki i śmiały się głośno. Podeszłam do najbliższej z nich.
- Dzień dobry czy wie państwo gdzie jest Wzgórze Herosów? - mężczyzna spojrzał na mnie dziwnie.
- To na pewno w Nowym Yorku?  
- Tak na pewno - kobieta pociągnęła go za ręke i poszli dalej. Idąc dalej ulicą coś przykuło moją uwagę. Trójka nastolatków i dziewczynka miej więcej w moim wieku. Wyglądali na zmęczonych i ewidentnie gdzieś się spieszyli. Podbiegłam do nich.
- Cześć - zwróciłam się do najwyższego z nich. Miał czarne loczki i lekko kuśtykał. Kiedy mnie zobaczył zachłystnął się powietrzem.
- Spadaj mała nie mamy czasu. - powiedziała dziewczyna w czarnych punkowych włosach i ciuchach tego samego stylu. Wkurzona już miałam jej odpyskować kiedy blondwłosy chłopak się odezwał.
- Pachnie morzem - westchnął jakby tęskno, a ten ciemny chłopak zaczął coś mamrotać.
- Wiecie może jak się dostać na Wzgórze Herosów? - zapytałam już lekko poirytowana. 
- Właśnie tam idziemy nazywam się Grover, to jest Luke, ta mała to Annabeth, a to Thalia. - odezwał się kuśtykający chłopak.
- Akris, jesteście herosami? - spytałam podekscytowana.
- Ja jestem córką samego Zeusa - Thalia dumnie wypięła pierś do przodu. 
- A wy ? 
- My nie wiemy - odezwała się poraz pierwszy szarooka dziewczynka - a Grover to satyrn. - uśmiechnęła się nie pewnie. 
- Chodzcie szybko bo nas dogonią - i pognaliśmy za Groverem. Biegłam ramie w ramie z Thalią, która co jakiś czas na mnie zerkała. Annabeth i Luke szli zaraz za Groverem, który prowadził wycieczką. 
- Skąd wiedziałaś gdzie masz się dostać ? - spytała Thalia.
- Terma mi powiedziała
- Kto to jest Terma ? - zdziwiła się córka Zeusa.
- Nerida. Znalazła mnie jak miałam rok. A za trzy dni skończe osiem lat. - spojrzałam zdezorientowana na Thalie. To nie nirmalne że wychowują mnie neridy? Dziewczyna lekko się uśmiechnęła i pobiegła dalej za Groverem. 
- Witajcie - usłyszeliśmy niski głos za sobą. Grover zaklął i powoli się obrócił. Za nami stał największy potwór jakiego widziałam miał spokojnie trzy metry i oczy jarzyły mu się na czerwono. 
- Kim jesteś? - warknęłam wyciągając łuk. Thalia popatrzyła na mnie z podziwem. 
- Masz coś jeszcze w tym plecaczku ? - wyciągnęłam nóż, miecz i sztylet i podałam każdemu herosowi. 
- Jestem twoim koszmarem Akris Johnson - zaśmiał się szyderczo.
- Johnson? Mam na nazwisko Johnson? - zdezorientowana popatrzyłam na potwora. Jednak szybko się zrefleksowałam. Potwór rzucił się na mnie wściekle, a ja wycelowałam strzałe w jego oko. Mój znak rozpoznawczy. Potwór na wpół oślepiony ryknął wściekle. Thalia z mieczem i tarczą( która pojawiła się z nikąd ale była dość przerażająca bo miała głowę Meduzy w sobie) ruszyła na potwora nacierając na niegoi tnąc po nogach i udach. Ja podeszłam do potwora od tyłu zaczepiłam się na jego ręce wskoczyłam mu na kark i posłałam trzy strzały w sam środek głowy. Potwór zawył okropnie i próbował mnie zrzucić z siebie. I wtedy stało się coś dziwnego. Thalia przestraszona odskoczyła od potwora, a Annabeth, Grover i Luke stali i patrzyli na mnie z otwartymi buziami. Ja czułam tylko ciepło, ale kiedy spojrzałam na moje ręce zrozumiałam że płonę i przy okazji stasznie parze potwora, który zatoczył się i upadł. Posłałam jeszcze ostatnią strzałę w jego paszcze i odwróciłam się już nie płonąc do Thalii, Luke'a i Annabeth. 
- Nie patrzcie tak na mnie też nie wiem o co chodzi. 
- To ja już nie wiem ty jesteś córką Posejdona czy Hefajstosa? - Thalia spytała jakby samą siebie. Ja sama nie wiedziałam, ale podążyliśmy dalej. Dotarlismy do pola truskawek. 
- W końcu - westchnął Grover. Zdziwiona spojrzałam na pole truskawek.
- To jest to Wzgórze Herosów? Nie dziwie się że ci ludzie patrzyli na mnie jak na idiotkę - nie tylko ja się dziwiłam Annabeth, Luke i Thalia także patrzyli na Grovera z powątpieniem. Kiedy ucieszony Grover miał nas przeprowadzać przez barierę ( o której wspomniał ) usłyszeliśmy szelest. Odwróciłam się instynktownie i zobaczyłam pięć potworów podobnych do tego którego przed chwilą powaliłyśmy z Thalią. 
- Uciekać! Nie damy rady! - wrzasnęłam do nich. 
- Musimy ich zabić przynajmniej z dwóch wy uciekajcie ja się nimi zajme ! - Thalia dostała błysku w oczach.
- Nie! Nie możesz zostać sama! - zrozpaczona spojrzałam na córkę Zeusa.
- Miło było cię poznać Akris do zobaczenia - i ruszyła w wir walki a Grover pociągnął mnie, Annabeth i Luke'a do obozu.

- Jak mogłeś Grover! - facet na wózku patrzył karcąco na satyrna.
- Ja...ona...my - jąkał się Grover.
- To moja wina powinnam jej pomóc. - warknęłam do siebie. 
- To nie twoja wina Akris. - uśmiechnął się mężczyzna.
- Moja! Mogłam jej pomóc razem dałybyśmy rade! - wrzasnęłam.
- Znałaś ją raptem dwie godziny co ci tak zależy? - warknął Luke. Annabeth siedziała skulona, ale gdy Luke się odezwał spojrzała na niego wściekła.
- Jak możesz Luke! Akris nam pomogła, a ty na nią warczysz?! - widziałam na jej policzkasz łzy. 
- Nazywam się Chejron i jestem centaurem. - facet na wózku przerwał nasze kłótnie. 
- To bardzo smutne i okropne że Thalia zginęła, ale musimy się z tym pogodzić i iść dalej. Na razie cała trójka trafia do domku Hermesa. Grover zaprowadź ich. Thalia jest z nami duchem. W końcu stała się teraz sosną wzmocnieniem naszej granicy. Zeus się nad nią zlitował. - zdziwiona popatrzyłam na Chejrona. 
- Thalia jest teraz drzewem?! - zdruzgotana spojrzałam przez okno na granice. Rzeczywiście tam gdzie przed chwilą było po prostu pole teraz stała tam wielka sosna. Wyszliśmy w czwórkę za Groverem do domku Hermesa. Był on jednym z dwunastu. Na środku stały dwa największe. Jedynka była wielka i potężna zapewne Zeus obok niego Dwójka, za pewnie Hera. Grover zaprowadził nas do domku Hermesa. Wesoły i nic nie wiedzący heros stanął w drzwiach. 
- Witajcie nowi herosi! Hermes z przyjemnością przyjmie was w swoich skromnych progach! Nazywam się Hans Jelly i opiekuje się domkiem Hermesa. - nie był od nas o wiele starszy. Miał kręcone włosy w jasnym odcieniu brązu i wesołe złote oczy. Cała trójka ponuro weszła do zatłoczonego domku. 
- Macie farta bo na ten sezon mało jest nie uznanych herosów i mało przybyło więc macie swoje łóżka! - zachwycał się Hans. Na kilometr było słychać jego niemiecki akcent. Wskazał na piętrowe łóżko.
- Tu będziecie spały wy dziewczyny, jak macie na imię? - spojrzał na Annabeth i na mnie.
- Annabeth, a to Akris - Annabeth pokazała na mnie ręką a ja tylko zmierzyłam wzrokiem Hansa i weszłam na górne łóżko. Pościel była miękka i łóżko było miękkie więc się zdziwiłam. Jako że byłam przyzwyczajona spać na kamieniu. 
- Akris... - usłyszałam szept z łóżka na dole. 
- Hmmm - spuściłam głowę i spojrzałam na Annabeth.
- Nie przejmuj się Luke'm on po prostu nie może się pogodzić ze stratą Thalii byli sobie bardzo blisko. - westchnęła i spojrzała na chłopaka, który dzielił łóżko z wychudzonym chłopakiem który patrzył na nas jakby chciał coś zwędzić. 
- Rozumiem... Jak myślisz kogo jesteś córką? Nie masz mamy czy taty? 
- Ja nie mam mamy. Tatuś nic mi nie mówił a jakiś rok temu uciekłam z domu i spotkałam Luke'a i Thalie. Thalia od razu zauważyła, że jestem podobna do Ateny ale ja tam myśle że będe raczej z jakiś pomniejszych Bogów - westchnęła. Spojrzałam na sufit.
- Ty przynajmniej wiesz że to będzie mama. Ja nie wiem kto jest u mnie w rodzinie śmiertelnikiem. Mój śmiertelny rodzic mnie porzucił jak miałam roczek, ale ja wiedziałam gdzie się udać przynajmnej tak mówiła Terma. Wskoczyłam do morza a ona mnie znalazła i wychowała. - właśnie teraz poczułam narastającą irytacje do mojego śmiertelnego rodzica. Jak mógł mnie zostawić na pastwe losu! 
- To chyba jasne że jesteś córką Posejdona. 
- A jak wytłumaczysz że cała się paliłam? - wróciłam wspomnieniem do incydentu z potworem. Płonęłam ale nic nie czułam za to trwałe uszkodziłam kark potworowi. 
- Nie wiem... Sama nie wiem. Prześpijmy się to był długi wieczór. Dobranoc. - zwinęła się w kłębek i poszła spać. 
- Dobranoc - szepnęłam i także zamknęłam oczy. 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział 1.

Hej wam wszystkim :) Nazywam się Inferna, a to moje fanfiction o Percy'm Jacksonie, a dokładnie o nim i jego siostrze Akris Jackson. Pierwszy rozdział krótki, ale to dopiero wprowadzenie mam nadzieje że się wam spodoba :)

------------------------------------
Inferna 

-Nie możesz jej zatrzymać!- zagrzmiał Zeus. Na Olimpie właśnie trwała kłótnia między dwoma braćmi, Posejdonem i Zeusem. 
- Dlaczego?! Żadne prawo nie mówi o tym, że nie mogę! - Pan Mórz spojrzał wściekły na brata. 
-Ależ oczywiście że jest! Żaden Bóg nie może zatrzymać swojego dziecka półboga!- Pan Olimpu tym zakończył spór i odszedł w stronę wyjścia z pałacu.

Jest piękna. W żadnym stopniu nie podobna do mnie. Tylko kolor włosów, blond loczki. Kiedy się urodziła byłam przerażona. W końcu nie ma zbyt normalnej rodziny. Położyłam ją delikatnie w jej łóżeczku i patrzyłam na jej małe rączki i nóżki, były prześliczne. Przymknęłam drzwi od jej pokoiku i poszłam do salonu gdzie siedział mój mąż Harry. 
- Zasnęła - uśmiechnęłam się siadając. Harry po patrzył na mnie ze skwaszoną miną.
- Nie mów o NIEJ - warknął i wrócił do meczu. Westchnęłam.
- Kochanie chcesz czy nie jesteś jej przybranym ojcem i ona bedzie cie kochała bo nigdy nie dowie się kim był jej prawdziwy ojciec. - przytuliłam się do niego, on tylko westchnął i objął mnie ramieniem. 
Nad ranem usłyszałam jak mała zaczęła się ruszać. Poszłam do niej. Nie spała, ale i nie płakała jak zwykle. Jej wielkie morskie oczy po patrzyły na mnie wesoło.
- Cześć Akris - uśmiechnęłam się do niej. - Dzisiaj twoje pierwsze urodziny! - wyciągnęłam ją z łóżeczka, a ona zaczęła się śmiać. Usłyszałam jak Harry wstaje z łóżka.
- Cześć kochanie - powiedział wchodząc do pokoju Akris. Mała popatrzyła na niego i w jej morskich oczach zapalił się ogień. Harry też jak zwykle jej nie zauważał, jakby nie istniała. 
- Pojedziemy dzisiaj nad jezioro? - zapytałam męża. Ten tylko potaknął i poszedł w kierunku kuchni. 
Po południu byliśmy przy jeziorze rozłożyliśmy koce i posadziliśmy Akris na nim. Mała jednak nie za bardzo chciała siedzieć w miejscu więc zaczęła raczkować w kierunku wody. W ostatniej chwili ją złapałam.
- Tata - pokazała w stronę wody. - Tata
- Harry! Akris powiedziała pierwsze słowo! - krzyknęłam uradowana do męża. Ten niechętnie podszedł do nas i po patrzył wyczekująco na Akris.
- Tata! - krzyknęła wyrywając się z moich rąk. - Tata! - ja i Harry staliśmy jak wryci patrząc jak Akris na moich rękach wychyla się w stronę wody i wrzeszczy "tata". Odłożyłam ją na kocu i wpatrywałam się w jezioro. Tyle się ostatnio działo, tyle złego i dobrego. Akris siedziała najwidoczniej wściekła bo nie odzywała się swoim "gugu".
- Idę do wody - krzyknęłam do Harrego. Rozebrałam się z fioletowej tuniki i wskoczyłam do zimnej wody. Zaraz potem obok mnie zaczęły pojawiać się wodne stworki. Neridy, które mieszkają w wodach i są jej duszkami. Bardzo je lubię ale nie mam z nimi za dobrego kontaktu bo za długo pod wodą nie mogę się utrzymać. Wynurzyłam się i zobaczyłam jak Akris idzie w stronę lasu.
-HARRY ! - krzyknęłam panicznie. - ŁAP JĄ! - lecz było za późno, Akris poraczkowała w stronę ciemnego lasu.
Wpadłam do domu zrozpaczona. Tyle rzeczy mogłoby się jej przytrafić, nie tylko te, które mogą się stać normalnemu człowiekowi. Akris to dziecko półkrwi. Jej prawdziwym ojcem jest Pan Mórz, Posejdon, ale Akris jest o wiele potężniejsza. Moim ojcem jest Hefajstos, a moim dziadkiem jest Zeus. Mało tego prababką jest Atena, a prapradziadkiem Hades. Sama rodzina półbogów. Bałam się o wszystko. O potwory, o zwykłe ludzkie potrzeby i o to czy ktoś ją znajdzie i się zaopiekuje.
- Harry trzeba wywiesić informacje! - spojrzałam błagalnie na męża.
- Dobrze, że jej nie ma ... - warknął i wszedł do sypialni. Zaczęłam płakać, ale to i tak już nic nie dało.