- Nie śpie. - mruknęłam do niej.
- To dobrze - uśmiechnęła się, a jej szare oczy po raz pierwszy od kąd ją spotkałam nabrały wesołego błysku.
- Annabeth, w zasadzie to ile ty masz lat?
- W tym roku kończe osiem. Ale to pod koniec roku a ty?
- Za dwa dni osiem - zeskoczyłam z łóżka i spojrzałam na moją nową znajomą. Była szczupła, ale niższa odemnie. Miała długie blond włosy i szare oczy. Spojrzałam że pod naszym łóżkiem stały dwa plecaczki. Wzięłam jeden i przejrzałam zawartość. Była w nim pomarańczowa koszulka z napisem "Obóz Herosów", sportowe spodenki do kolan szczotka do zębów, pasta, szczotka do włosów, nowa bielizna i buty.
- Nie złe zaopatrzenie - mówie sama do siebie i zmierzam w kierunku łazienki dla dziewczyn. W niej przebieram się z mojej czarnej podkoszulki i dżinsów. Myje włosy i zęby, zaczesuje włosy w wysoką kitkę i wychodzę.
- Widzę że już wstałaś. - słyszę Hansa.
- Ile ty masz lat - korciło mnie to pytanie od kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Hans podrapał się po głowie.
- Jedenaście, ale i tak jestem najstarszy i najbardziej doświadczony z domku Hermesa. Mamy bardzo mało starszych braci. - spogląda na mnie zmieszany.
- A ten co śpi z Luke'm ? Wygląda na starszego - wskazuje na jeszcze śpiącego chłopaka.
- To Tytus ma szesnaście ale nie jest jeszcze uznany. Podejrzewamy że jest naszym bratem bo uwielbia kraść, ale Hermes go nie uznał - spojrzał z widoczną odrazą na wystającą czuprynę chłopaka, po czym się uśmiechnął i przywołał gestem ręki Annabeth i Luke'a.
- Dobra, o 9 jest śniadanie, macie jeszcze jakieś trzydzieści minut. Idziecie za mną do sali. Na razie będziecie jedli z domkiem Hermesa do póki wasi rodzice was nie uznają. Potem zwrócicie się do Chejrona i Pana D. - otworzył drzwi przepuścił nas w drzwiach i pognał do wielkiej hali. W środku panował gwar i rozmowy chociaż do śniadania pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Hans pokazał nam najbardziej oblężony stolik. Usiedliśmy przy nim i po patrzyliśmy po twarzach innych herosów. Cztery stoły były kompletnie puste. Przy pierwszym stoliku na który zwróciłam uwage siedziały dziewczyny, uczesane w piękne fryzury co chwile sprawdzające się w lusterku i chłopców który patrzyli w nie dowierzaniem na innych i najwidoczniej plotkowali. Afrodyta. Terma uczyła mnie o greckich bogach. Wiem o nich praktycznie wszystko. Tuż obok Afrodyty siedziały dzieci Ateny. Byli na prawdę bardzo podobni do Annabethi wszyscy mieli podobnie szare oczy. Kolejny stolik składał się z umięśnionych chłopców i dziewczyn które celowały widelcami w serwetki. Dzieci Aresa. Od razu poczułam jakąś wewnętrzną niechęć do nich. Były też dzieci Hefajstosa, Demeter, Hestii, Apolla i Dionizosa. Niektórzy patrzyli na nas z zaciekawieniem inny pokazywali nas palcami. W końcu wybiła dziewiąta i do sali wszedł Chejron wraz z jakimś opasłym mężczyzną w koszuli w kwiaty i w krótkich plażowych spodenkach. Był cały czerwony i patrzył na wszystkich z wyjątkową odrazą. Chejron spojrzał po wszystkich herosach.
- Chciałbym wam zająć tylko chwilę. - wszyscy się poruszyli. Może przy śniadaniu nigdy nic nie mówił.
- Do grona herosów dołączyła trójka niwych rekrutów.- Wskazał na nas i kazał nam podejść. Nie pewnie odsuneliśmy krzesła i podeszliśmy do Chejrona.
- Nigdy pan nie pokazywał nowych przy śniadaniu tylko na ognisku! - krzyknął ktoś z Aresa.
- Wiem Mike, ale to jest sprawa wyjątkowa. - w sali zapanowała ponownie cisza. Wszyscy wiercili nas na wylot swoim zwrokiem.
- Wczoraj wieczorem zdarzyła się tragedia. Akris - wskazał na mnie - Annabeth - wskazał na Annabeth - i Luke - wskazał na Luke'a - razem dostali się do obozu, ale była z nimi jeszcze jedna dziewczyna. Jak pewnie zauważyliście przy barierze dzielącej nas od świata śmiertelników i potworów stanęła sosna. To nie jest zwykła sosna, to Thalia, dziewczyna która chciała uratować przyjaciół wystawiając siebie na pewną śmierć. Jej ojciec Zeus - w sali dało się słychać okrzyki zdziwienia i podziwu. - ulitował się nad nią zamieniając ją w drzewo. Od teraz Thalia wzmacnia naszą bariere. Proszę o trochę wyrozumiałości dla Akris, Annabeth i Luke'a którzy borykają się ze stratą przyjaciółki. - tym samym zakończył przemowę i posłał nas do stołu. Hans patrzył na nas z otwartą buzią.
- Czemu nic nie mówiliście? - spojrzał na mnie. Wściekła obróciłam głowę.
- Jakby ci to powiedzieć godzinę przed zginęła nam przyjaciółka więc trudno mi było o tym mówić! - warknęłam i od razu straciłam apetyt na śniadanie. Wstałam i ruszyłam przed siebie. Oczywiście mój instynkt zaprowadził mnie nad wodę. Usiadłam na piasku i wpatrywałam się w ocean. Może Luke ma racje? Co mi tak zależy na Thali, przecież znałam ją raptem dwie godziny. Może ta nić porozumienia, że trzymamy na barkach ciężkie brzemie doprowadziło do tego że czułam się jakbyśmy się znały od lat.
- Akris - usłyszałam cichy głosik Annabeth. Podeszła do mnie i usiadła obok.
- Nie chce tu być - warknęłam i wrzuciłam kamień do wody.
- Ja też w zasadzie nie. Tyle złego się zdarzyło, ale taki nasz los Akris musimy się z tym pogodzić i żyć dalej. Może znajdzmy sobie przyjaciół zapomnijmy o bólu. - spróbowała Annabeth. Z trudem powstrzymałam się od rzucenia się w ocean.
- Ja już mam przyjaciółkę - westchnęłam.
- Tak? Szybka jesteś jak się nazywa?
- Annabeth
Razem z Annabeth chodziłyśmy po Wiosce Herosów oglądając wszystko co nam się naplątało. Zmierzałyśmy do Wielkiego Domu gdzie miałyśmy się spotkać z Chejronem i Panem D. Kiedy weszłyśmy na ganek Luke już na nas czekał. Zmierzył wzrokiem mnie i uśmiechnął się do Annabeth. Chejron zaprosił nas do środka. Przy stole siedział ten sam gruby facet i grał w karty.
- Dzień dobry - powiedziałam z grzeczności bo w zasadzie nie wiedziałam jak wysoko ustawiony jest ten facet.
- Usiądzcie - Chejron wskazał na trzy krzesła obok niego i Pana D.
- To jest dyrektor obozu Pan D. - mężczyzna coś mruknął i nagle z nikąd pojawiła się puszka dietetycznej Coca-Coli.
- Jak pan to zrobił ? - zapytałam zdziwiona. Pan D. spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. I wtedy skojarzyłam fakty. Na jego koszuli wcale nie były kwiaty tylko winorośla, wyczarował dietetyczną Cole z nikąd i był czerowny od alkocholu. To był Dionizos!
- Jest pan Dionizosem prawda? - nieśmiało zapytałam a Annabeth spojrzała na mnie karcąco.
- Tak droga Ader Jamson - odezwał się poraz pierwszy Pan D.
- Nazywam się Akris John... - przerwałam bo właściwie sama nie wiedziałam jak się nazywam.
- Dzisiaj odbędzie się ognisko na którym zazwyczaj bogowie uznają swoje dzieci. Nie zawsze ale często. - Chejron uśmiehnął się do nas pogodnie.
- Jest mi nie zmiernie przykro że straciliście Natalie - Dionizos spojrzał obojętnie na naszą trójkę.
- Thalię - poprawiliśmy Boga Wina.
- Nie ważne, w każdym razie życzę udanego dnia. - i wrócił do swojej talii kart. Chejron spojrzał na niego z lekkim powątpieniem.
- Dobrze o 13 macie trening ze strzelania z łuku i szermierki razem z domkiem Aresa i Apolla. Później o 15 obiad a po obiedzie kajaki. Następnie o 19 jest ognisko i udział jest obowiązkowy. A teraz lećcie się przygotować do treningu. - ja i Annabeth zaczęłyśmy dyskutować czy dzielą tu wiekowo czy umiejętnościowo. Luke szedł za nami ewidentnie wkurzony. Weszliśmy do domku Hermesa i przebraliśmy się w świeże ubrania do treningu. Ja zabrałam swój łuk, a Annabeth i aluke poszli bez niczego. Gdy dotarliśmy na miejsce powitał nas ów chłopak od Aresa, który wrzasnął na śniadaniu. Mike.
- O to wy. Macie iść do Hefajstosa musicie sobie wybrać broń z której będziecie już używać do końca swojego miernego losu. - wskazał na dziewiątkę i odszedł w kierunku pola treningowego. Poszłam za Annabeth i Lukiem. W środku domku Hefajstosa było bardzo...elektronicznie? I ciepło.
- Witajcie! Oh ci nowi. Po broń jak mniemam? - potakneliśmy głowami. Chłopak poprowadził nas do wielkiej szafy w której starannie ułożone były łuki, sztylety, miecze, włócznie, dzidy i inny narzędzia zbrodni. Annabeth natychmiast pochwyciła sztylet, który świecił się lekkim niebieskim blaskiem. Niebiański spiż.
- Dobry wybór - uśmiechnął się chłopak. Jego twarz pokrywały liczne blizny, a na rękach miał ślady smoły i liczne poparzenia. Luke wziął miecz ze złota. Bardzo ładny.
- A ty co wybierasz? - zwrócił się do mnie. Po patrzyłam po wszystkich broniach. Nagle zauważyłam go. Leżał pod wszystkimi innymi łukami ale mienił się blaskiem i wiedziałam że to on będzie moją nową bronią. Pochwyciłam go i dokładnie się mu przyjrzałam. Miał wymalowane małe srebrne gwiazdki a cięciwa była wykonana ze srebrnej nitki.
- Łuk Łowczyni no ładnie widzę że zaawansowane łucznictwo. - z podziwem popatrzył na łuk a potem na mnie.
- Idzcie na arene bo Ci od Aresa zawsze donoszą na spóźnialskich. Powodzenia! - ruszyliśmy na arene. Dostałam jeszcze od chłopaka z Hefajstosa strzały z niebiańskiego spiżu. Były również srebrne i mieniły się w słońcu. Kiedy dotarliśmy na arene kazali nam stanąc z domkiem Hermesa. Chejron po kolei przydzielał każdemu stanowisko. Mi przypadła tarcza do strzelania z łuku. Obok mnie stanął jakiś chłopak od Apolla a po drugiej stronie Mike od Aresa. Chejron podszedł do naszej trójki i wytłumaczył co mamy robić.
- Ten który zdobędzie największą ilość punktów w minutę wygra. - Chejron stanął za nami i włączył czasomierz. Zabrałam się za pierwszy strzał. Łuk był idealny, jakby czekał na mnie. Trafiłam w sam środek. Tak było też z innymi strzałami. W końcu Chejron kazał nam skończyć. Po patrzyłam na swoją tablicę. Wszystkie strzały trafiły do samego środka. Chłopak od Apolla miał kilka strzał po bokach a Mike trafił o wiele mniej odemnie.
- Mike, Alto jak mogliście dać się ograć ośmiolatce która dopiero co zaczyna szkolenie! Wstydzcie się ! - Chejron puścił mi oko. A ja byłam zadowolona z rezultatu mojego pierwszego treningu.
- No ładnie mała - Mike od Aresa podszedł do mnie. Był odemnie dużo wyższy ale nie wyglądał na o wiele starszego. Wyrwał mi łuk z ręki i dokładnie obejrzał.
- Łuk Łowczyni? - zdziwił się szczerze.
- Tak, co to aż takie dziwne? - zabrałam mu łuk i zaczęłam wyjmować strzały z tarczy.
- Trochę. Wiesz zazwyczaj herosi nie mają niczego po Łowczyniach. - podrapał się po głowie idąc za mną.
- Mike Flesh z domku Aresa, a ty ? - wyciągnął ręke.
- Akris na razie domek Hermesa - uścisnęłam mu dłoń i wróciłam do wyjmowania strzał.
- Nie masz nazwiska? - usłyszałam drugi głos, bardzow wysoki ale nie wątpliwie męski.
- Alto Renano domek Apolla - chłopak z którym także się mierzyłam na treningu podszedł do mnie i zmierzył chłodnym wzrokiem Mike'a.
- Może jakieś mam - westchnęłam. - Na razie mi nie wiadomo. Muszę iść miło było was poznać. - i udałam się do Annabeth. Kolejne ćwiczenia były równie proste jak to pierwsze. W szermierce walczyłam z Lukiem, który wywijał mieczem jakby to robił od stuleci. No i był starszy i wyższy i silniejszy więc przegrałam, ale prawie mi się udało. W zasadzie nasza walka była taka widowiskowa że i Apollo i Ares i Hermes zlecieli się żeby oglądać nasz pojedynek. Po treningu razem z Annabeth wymieniłyśmy się emocjami z ćwiczeń. Udałyśmy się na obiad wesołe i pełne nadziei. Usiadłyśmy przy stoliku Hermesa gdy nagle rozległy się oklaski przy stoliku Hermesa. Zobaczyłyśmy znak unoszący się nad głową jakiegoś chłopaka. Dwa buty ze skrzydełkami po bokach. Znak Hermesa. Podeszłyśmy bliżej i zobaczyłyśmy Luke'a, który odbierał gratulaje od Hansa Jelly'ego.
- Gratuluje Luke! Annabeth rzuciła mu się na szyje. - chłopak się uśmiechnął i spojrzał na mnie z wyższością.
- A ciebie Akris kto uznał? - wycedził. Zacisnęłam pięści.
- Jeszcze nikt, wiesz o tym - syknęłam. Annabeth spojrzała na Luke'a, a potem na mnie.
- Przestańcie - rozkazała i usiadła pomiędzy nami. Na kajakach było cudownie nigdy tak świetnie się nie bawiłam. O 18 wróciłam z Annabeth do domku Hermesa i rzuciłyśmy się na łóżka. Przebrałam się w mój czarny podkoszulek i dżinsy, a na to narzuciłam pomarańczową, rozpinaną bluzę. Włożyła swoje elastyczne buty do polowań i rozczesałam włosy. Zaplotłam prostego warkocza i czekałam na Annabeth aż wyjdzie z łazienki. Miałam na sobie biały t-shirt z napisem 'I Love Grecce" zielone rybaczki i kitkę.
- Ładnie się podlizujesz Dionizosowi - uniosłam brwi na widok bluzki.
- Spadaj! - i wyciągnęła mnie na dwór. Robiło się już powoli ciemno jako że była jesień. Ognisko już się paliło i kilka domków gawędziło między sobą. Usiadłyśmy obok Hansa i Luke'a chociaż wolałabym być dalej od tego drugiego. Okazało się że im więcej śpiewaliśmy tym ognisko było bardziej gorące i większe. Nawet Pan D. Coś zanucił. W samym środku jakieś piosenki nad głową współlokatora Luke'a pojawił się ten sam znak co u niego. Rozległy się brawa i wrócono do śpiewów. Kilka osób patrzyło na mnie i na Annabeth. W końcu zobaczyłam nad głową mojej przyjaciółki sowe.
- Annabeth twoją mamą jest Atena! - wrzasnęłam na cały dwór. Wszyscy zaczeli bić brawo, a ludzie od Ateny ściskali nowo pozyskaną siostrę.
- O bogowie jak ja się ciesze! - powiedziała do mnie szczęśliwa. Zostałam tylko ja. Siedziałam obok córki Ateny i syna Hermesa, a sama nie wiedziałam kto jest moim rodzicem. Ognisko powoli się kończyło, ale nagle jednak dzieczyna z Afrodyty powiedziała trochę za głośno.
- A ta małolata kogo jest córką. - Gwałtownie obróciłam głowę i aż się zdziwiłam bo wszystkie domki nagle zamarły. Annabeth zesztywniała, a ja pomyślałam 'znowu się pale?!' Ale nie tym razem to było coś innego. Spojrzałam w górę. Nademną unosił się niebieski trójząb. Atrybut Posejdona.